SALONY LITERACKIE

LiryDram • kwartalnik literacko-kulturalny •
MENU
5. Salon LiryDramu 16 marca 2015 Nigdy 
nie lubiłam poezji Nigdy nie lubiłam poezji… Nie rozumiałam jej… zawsze wydawało mi się, że jest zbyt egzaltowana, uderzająca w tony bogoojczyźniane, płacząco-jęcząca i śmieszna, śmiesznością ułomka. Mogę się tylko wytłumaczyć okropną panią polonistką. Później nigdy nie czytałam poezji tak sama z siebie, chyba że z obowiązku jaki narzuca etat w teatrze i zawód aktora. Dziwne, prawda? Aktorka i nie lubi wierszy? Na szczęście to już nie aktualne! Za sprawą mojego męża, dzięki Bogu nie artysty, odkryłam i zaczęłam pojmować bogactwo poezji, jej zakamarki, tajemnice i niespodzianki. W domu czytamy wiersze, nie jest to może jeszcze praktyka codzienna, ale je czytamy, wsłuchujemy się w rytm, szukamy ukrytych sensów i znaków. Odkryłam w wierszach równolegle istniejącą krainę, w której słowami wyraża się to co w naszym realnym życiu zawiera się między nimi. Czytamy więc Szymborską, Różewicza, Miłosza…, czyli klasykę. A co z poezją współczesną? Która co chwilę pokazuje nowe oblicze, zaskakującą wrażliwość, w sposób bezwzględny odrapuje nas ze złudzeń, jest drażniąca, irytująca formą i treścią? I znowu nie rozumiem, nie lubię. Po co to komu? I tak bym sobie żyła z klasykami poezji , a obok niezauważenie przemykałby nurt pełen migotliwych porównań, ciekawych przenośni, krzyczących do bólu nowych słów. Na szczęście spotkałam na swojej drodze Marlenę Zynger utytułowaną i wielokrotnie nagradzaną za swoją twórczość i działanie na rzecz liryki poetkę. Zaprosiła mnie do poprowadzenia wieczoru w Cafe Antrakt w Warszawie i przeczytania kilku wierszy współczesnych poetów, które wydawane są w Kwartalniku Literacko-Kulturalnym Liry Dram, a który właśnie mają państwo w swoich rękach. Kwartalnik ten redagowany przez wspaniały zespół i prowadzony pewną ręką przez Marlenę, dołączany jest do dmumiesięcznika POEZJA dzisiaj, redagowanego przez Aleksandra Nawrockiego i Barbarę Jurkowską. Gdyby nie ten przypadek pewnie długo nie miałabym możliwości zapoznać się ze współczesną poezją i spotkać tak wielu ciekawych i nietuzinkowych ludzi. Bo w Cafe Antrakt w poniedziałkowe wieczory raz w miesiącu wszystko jest wyjątkowe! Począwszy od atmosfery, którą niewątpliwie stwarza właścicielka lokalu – Ewa Samoraj, w którym znajduje się estradka, jest mikrofon, pyszna herbata i zawsze świeże pachnące ciasto, po indywidua przychodzące tego wieczoru na spotkanie poetyckie. Świadomie użyłam określenia „indywidua” jakkolwiek miałoby ono pejoratywne znaczenie, absolutnie nie chcąc nikogo obrażać, ale tu runął kolejny stereotyp mojego myślenia o twórcy słowa lirycznego. Zawsze myślałam, że to są osoby za delikatne, żeby stać o własnych siłach lub pełne pretensji i nieuzasadnionego życzeniowego stosunku do życia. A tu okazuje się, że mam do czynienia z niezwykle silnymi i pewnymi swego indywidualnościami!! Począwszy od sprawczyni tego „zamieszania” przez występujących (tego wieczoru miałam okazję posłuchać m.in. Andrzeja Bieniasa, Leszka Czajkowskiego i przecudnej urody i delikatności Marinę Paniszewę) a na niezwykle charyzmatycznym Aleksandrze Nawrockim, skończywszy. Ale zacznijmy od początku – Ci z Państwa, którzy odwiedzają Cafe Antrakt w wieczór poezji wiedzą, jak to wygląda. Spokojna, na pozór luźna atmosfera. Sączymy wino lub delektujemy się specjałami antraktowej kuchni i czekamy… Napisałam „na pozór luźna atmosfera”, ponieważ pod skórą u niektórych buzują emocje. Przy bufecie poznałam swojego kolegę po fachu, aktora Teatru Witkacego w Zakopanem – Andrzeja Bieniasa. Jak sam o sobie mówi: "Hamleta nie zagram, bo mam specyficzną urodę." Rzeczywiście, niepiękny fajny facet o twarzy J. Brella, słusznej postury, wysportowany, z gitarą. Taki, co z niejednej górki w Zakopanem "na jajo " zjeżdżał, a tu jakoś "nie swój". Nie wiem, czy to "warszawka" go onieśmiela, czy długa podróż spod samiuśkich Tater, ale wyczuwam w gościu niepokój. Tak proszę Państwa! Bo tak to tylko wygląda leciutko i zwiewnie, ktoś gra, śpiewa, tańczy, recytuje, wydawałoby się bez tremy, ale pod spodem toczy się walka z niewidzialnym i pragnienie akceptacji. A w tym wypadku Andrzej postawił poprzeczkę bardzo wysoko, jak zresztą większość wspaniałych gości wieczoru, nie chowa się za czyimś tekstem serwując słuchaczom kolejną jego odsłonę, ale gra i śpiewa własne kompozycje do własnych tekstów. Powiecie Państwo: „i cóż to za wyczyn!?”. Wierzcie mi, że jest to wyczyn, bo nie każdy może sobie pozwolić na działanie w Stowarzyszeniu Konstruktorów Słów i Dźwięków i nie mieć „Nic do ukrycia”. I wcale nie chodzi o grubość portfela, ale o cywilną odwagę, która objawia się publicznym głoszeniem swojego światopoglądu, na dodatek w artystycznej formie. "Szkoda" – jak mówi Andrzej – "że nie udało się zaprosić całego zespołu.". Wiadomo, że przy większym składzie ilość „skonstruowanych” dźwięków potęguje się, a energia rośnie do kwadratu. I nie ma tu mowy o „genetycznym błędzie”, bo Bienias jest pełny i ukształtowany, a my nie „znajdziemy dziury tam, gdzie wypukłe jest”. A żarliwość twórcza Andrzeja jest tak wielka, że napisał tekst w pociągu jadąc do Warszawy i "na świeżo" go wykonał. Pomiędzy grającymi na gitarach panami wystąpiła krucha młodziutka bezpretensjonalna Marina Paniszewa. Również z gitarą i własnymi tekstami. Nie wiem, co mają w gardłach ludzie ze wschodu, ale za każdym razem, gdy słyszę osobę pochodzącą zza wschodniej granicy bardzo mnie to zastanawia. Nie czuć w tym śpiewie jakiejś wyszukanej techniki wokalnej, nie ma wysiłku ani nadęcia. Jest prosty, krystaliczny dźwięk o pięknej barwie, bez zbędnych ozdobników i wibrata. Można było słuchać Mariny bez końca i patrzeć na nią i na jej starszą krewną, babcię albo ciocię – Helenę Norowicz. Przepiękną Panią, która – jak się dowiedziałam – była świetną aktorką i która wyglądała jakby żywcem wyjęta z Czechowa. Marina śpiewała po rosyjsku. To tak śpiewny język, że słucha się z wielką przyjemnością. W stosunku do tego co proponował Andrzej Bienias – żywioł ognia, Marina była jak woda. Bo tak to na naszych wieczorach wygląda. Zmiany nastrojów, emocje i Poezja przez duże P. Muzyczne doznania przerwał poeta, wydawca i redaktor naczelny POEZJI dzisiaj – Aleksander Nawrocki. Wyrazista, silna osobowość, z pewnością bezkompromisowa. Absolwent filologii polskiej, węgierskiej i etnografii na Uniwersytecie Warszawskim, wielokrotnie wyróżniany głównymi nagrodami w Polsce i na świecie. Jego fascynacje, prace i dokonania długo by wymieniać. Oprócz poezji Aleksander Nawrocki pisze też opowiadania. Miałam przyjemność przeczytać fragment jednego z nich pt. "Dziewczyna i Jastrząb". Musze podzielić się tu z Państwem pewnym bardzo osobistym spostrzeżeniem. Otóż przygotowując fragmenty i zaznajamiając się z tekstem wiele razy nachodziła mnie reflesja na temat naszego życia i bytów jakie nam towarzyszą. Chodzi o zwierzęta i metaforyczną historię, jaka jest zawarta w tym opowiadaniu. A w chwili gdy czytałam ją publicznie, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wyparowała ze mnie chęć popisywania się głosem, interpretacją czy innymi aktorskimi sztuczkami. Chciałam tylko porządnie to przeczytać, bez uderzania w podniosłe tony. Bo, mimo tego że opowiadanie ma cechy bajkowe przez język jakim posługuje się autor, jest w dziwny sposób realne. Pod postacią jastrzębia może każdy podstawić sobie kogo chce. Może to być własny ojciec, kochanek czy matka. Nie wiem, czy taka interpretacja spodobałaby się Panu Aleksandrowi, ale tak to właśnie czuję. Jakbyśmy żyli w kołowrocie dziedziczonych win i kar. I tak z pokolenia na pokolenie. Gospodyni wieczoru – Marlena Zynger przeczytała kilka wierszy z Kwartalnika. Nota bene te, które ja sobie bardzo ukochałam i przygotowałam. No cóż, wieczór poetycki w Antrakcie to również nauka pokory. Wiersze, które usłyszeliśmy to m.in.JUŻ NOC – Tomasza Lisieckiego, Juliusza Erazma Bolka – KOŁO GRANIASTE, z wiele mówiącym refrenem: „w mordę by się komuś dało, tylko nie wiadomo komu”, METAFORA – Ryszarda Krauze i wiele innych. Swoje wiersze czytała również cudowna, ciepła i utalentowana Magdalena Węgrzynowicz-Plichta, obecnie pracująca m.in. nad tomem MIRABILIA. To cykl pieśni i ballad nawiązujących do średniowiecznych cudowności. Czekamy na prapremierę w Antrakcie! Na koniec mojej obecności w Cafe Antrakt usłyszeliśmy kilka piosenek w wykonaniu Leszka Czajkowskiego. Facet z gitarą, niby nic szczególnego, aż tu słyszę paryski sznyt samego Brassensa. Bo podczas gdy Andrzej Bienias w swoich tekstach brutalnie mówi o naszych wadach i jest jak swojski drożdżowy rogal, tak Leszek Czajkowski to przepyszny croissant z nadzieniem ciągle innym. Bo i o polityce (z tego jest najbardziej znany) ale i o relacji damsko-męskiej przepięknie lirycznie a i z przymrużeniem oka śpiewać potrafi. W jego rękach gitara – jak w pełni usatysfakcjonowana kochanka – pięknie brzmi. A on wraz z nią, ze świetną dykcją i tenorowym głosem. No i ta aura wokół Leszka! Niesamowita! Jestem pewna, że będzie widać to na zdjęciach robionych przez artystkę fotografii – Malwinę de Brade, która mam wrażenie potrafi zatrzymać w kadrze to, co niewidzialne. Ale to możecie Państwo zobaczyć na własne oczy, mając w rękach kolejne wydanie Kwartalnika Literacko-Kulturalnego LiryDram. tekst: Julita Kożuszek, 
zdjęcia: Malwina de Bradé POWRÓT >
TOP
POWRÓT